Lip 072005
 

Zatrzymane w kadrze

Ldzań i jego mieszkańcy na starych fotografiach

 

Sztuka fotograficzna zaczęła rozwijać się w końcu XIX w., początkowo związana była z miejskimi zakładami usługowymi i służyła głównie zamożnej klienteli. Fotograficy utrwalali także widoki miast, ulic, gmachów publicznych i parków, uczestniczyli w ważnych wydarzeniach i uroczystościach.

W miarę obniżania kosztów do salonów fotograficznych trafiali również ludzie mniej zamożni, a od początku XX wieku fotografia zawitała wraz z wędrownymi fotografami do wiosek. Motywów nie brakowało, a w miarę upływu lat ludzie zaczęli przywiązywać do zdjęć coraz większą wagę. Fotografie stały się swoistymi dokumentami, na których zostały zatrzymane szybko przemijające chwile i zdarzenia. Ich forma zmieniała się zależnie od mody; początkowo utrzymane w kolorze ciepłej sepii, podklejone do grubych kartonowych podkładek ustąpiły miejsca tańszym, wykonanym na papierze fotograficznym bez dekoracyjnej podlepki.

Fotografie przechowywano najczęściej w szufladach, wklejano do albumów, a niekiedy oprawiano w ozdobne ramki i wieszano na ścianach bądź stawiano na komodach. Oglądanie zdjęć, okraszone nierzadko anegdotą należało w wielu domach do świątecznego i towarzyskiego rytuału. Ze zgroma­dzonych przez łata fotografii można było niemal ułożyć drzewo genealogiczne. Dzięki tym praktykom do dziś możemy oglądać gromadzone latami, często pożółkłe ze starości zdjęcia.

Dla miłośników historii i dla badaczy regionu są to bardzo cenne dokumenty stanowiące świa­dectwo minionego już czasu. Dokumenty tym cenniejsze, bo niejednokrotnie wyniesione i uratowane z wojennej pożogi. Dzisiejsze techniki komputerowe pozwalają utrwalić piękno starych fotografii, naprawić błędy techniczne i uzupełnić zniszczone fragmenty, a małe zdjęcia powiększyć i dopasować do wystawowych wymogów.

Najtrudniejszym, choć ze społecznego i towarzyskiego względu najsympatyczniejszym etapem prac szperacza przygotowującego wystawę jest dotarcie do rodzinnych zbiorów, przełamanie nieufności, datowanie oraz opatrzenie fotografii opisami. Później już tylko praca w ciemni lub przy komputerze zależnie od wyboru techniki.

Takiego właśnie niełatwego zadania podjął się znany łódzki fotografik Andrzej Michałowski; zawsze pogodny, obdarzony ujmującym uśmiechem, a przy tym umiejący rozmawiać z ludźmi szybko przekroczył niewidzialną barierę nakreśloną lokalnymi uprzedzeniami. Nie szczędząc czasu, sił i środków rozpoczął żmudne poszukiwania śladów przeszłości w okolicy, która stała się Jego drugim domem. Celowe, a niekiedy przypadkowe rozmowy z mieszkańcami Ldzania i innych wiosek położonych w urokliwej dolinie rzeki Grabi prowadziły Pana Andrzeja od domu, do domu. Niczym rasowy odkrywca penetrował niezbadane i zapomniane przestrzenie. Odszukane zdjęcia zaczęły „przemawiać”, każde przecież jest zapisem jakiegoś wydarzenia, ma swój wymiar czasowy i prze­strzenny, a najważniejsze, że pokazuje dawnych mieszkańców tych terenów. Ujawniając ich wygląd, sposób uczesania, ubiór i otoczenie. Sceny i sytuacje utrwalone przez aparat działy się w autentycznych, swojskich plenerach, na tle domów mieszkalnych i budynków publicznych. Wiele z tych miejsc wygląda dzisiaj odmiennie, fotografie stają się więc jedynym źródłem wiedzy, wiernie oddającym rzeczywistość. Wnikliwy obserwator dostrzeże na zdjęciach mnóstwo szczegółów, np. zapomniane już stroje ludowe obok odświętnych ubrań, spracowane dłonie rolników, urodę instrumentów mu­zycznych, zmieniające się uczesania, typy rowerów i sprzętu gaśniczego.

O tym, że fotografie wykonywano początkowo jedynie w specjalnych i ważnych momentach, świadczą liczne zbiorowe zdjęcia weselne. Nie mniej ważne były pożegnalne i pamiątkowe fotografie rekrutów i żołnierzy, najstarsza z nich pochodzi z 1904 roku. młodsze wykonano w latach pierwszej wojny światowej – obóz jeniecki i lazaret, a także po jej zakończeniu, w niepodległej Polsce, Ujmujący nastrój mają zdjęcia dzieci przed budynkami szkół oraz zdjęcia okazjonalne przy piwie i na łonie natury. Swoboda w wyborze tematów wiązała się z wprowadzeniem aparatów małoobrazkowych dających szybki efekt w postaci tanich, niemal reporterskich fotografii. Żmudne odkrywanie tajemnic można ocenić czytając podpisy pod zdjęciami. Ich autor wydobywa z niepamięci nazwiska rodzin osiadłych od pokoleń w dolinie Grabi, a także zapoznaje nas z wizerunkami dawnych właścicieli tutejszych majątków.

Bardzo wielu „mieszczuchów” jest zakochanych w lesie i w malowniczych krajobrazach nad­rzecznych okolic Ldzania, tu mieszkają i wypoczywają, tu poznają nowe ścieżki i nieliczne zabytki, a jednocześnie odrywając się od szarości miejskich ulic, zaczynają identyfikować się z przyrodą Myślę, że ta ciekawa wystawa starych fotografii pozwoli nam, nowym mieszkańcom tych okolic poznać autochtonów i sprawi, że cząstka ich przeszłości stanie się po latach także cząstką naszych doświadczeń historycznych.

Mam nadzieję, że ta wystawa zapoczątkuje serię kolejnych, a Pan Andrzej zachowa jeszcze odrobinę energii umożliwiającą kontynuowanie poszukiwań.

Ryszard Bonisławski

Łódź, 2005 r.